„Klatki z codzienności” Kamil Wojciechowski

Zdarza się, że ktoś pyta mnie, co takiego jest w poezji, że tak ją lubię. Niektórzy zapewne twierdzą, iż jestem naiwną romantyczką, która uwielbia ckliwe peany na temat miłości. Mylą się. W poezji najbardziej podoba mi się jej drugie dno, to jak poeta ukrywa sedno pomiędzy z pozoru nic nieznaczącymi wersami. Dawniej liryka była synonimem piękna, dzisiaj wiersz to nie tylko sposób zachwytu nad światem, ale także inny rodzaj „sprawozdania o życiu”. Wielu wybitnych poetów poruszało tematy z pozoru nienadające się dla liryki – śmierć, nienawiść, wojna, głód. Zawsze ten typ poezji docierał do mnie mocniej od czysto schematycznych, radosnych utworów. Przez wiele lat musiałam jednak nieco tępić mój czytelniczy temperament, ponieważ ramy programowe w szkołach nie sprzyjały własnej interpretacji. Teraz, kiedy już na dobre wyrwałam się ze szponów komisji rekrutacyjnych, mogę sobie pozwolić. Pewnego dnia Kamil Wojciechowski napisał do mnie z pytaniem czy mam ochotę przeczytać jego tomik poezji o tytule Klatki z codzienności. Poetom nigdy nie odmawiam, więc oczywiście się zgodziłam. Optymizmem napawał mnie fakt, że właśnie o codzienności będę mogła przeczytać. Czy entuzjazm był słuszny?

Tomik składa się na 35 wierszy o różnej tematyce. Rozpoczynamy od utworu pt. Retro-inspekcje, który opisuje wspomnienia o tylko jemu znanej kobiecie. Kończymy Zbawieniem, ale jego kontekstu Wam nie zdradzę. Wszystkie prace poruszają tematykę dokładnie taką, jaką możecie spodziewać się po słowie codzienność. Jest kilka wierszy o miłości i zdradzie. Bardzo spodobał mi się zbiór tworzący cykl Stażysta, który jak nie trudno się domyślić porusza temat pracy i chyba nie tylko jej. Mam mieszane uczucia, jedne wiersze przypadły mi do gustu, inne mniej, a niektórych nie udało mi się zrozumieć. Myślę, że właśnie te ostatnie wzbudzają we mnie pewien rodzaj frustracji, ponieważ nie lubię niewiadomych. Podejrzewam, że gdybym podjęła próbę przeanalizowania każdego wiersza osobno, to zapewne zanudziłabym Was swoimi przemyśleniami mniej więcej w okolicach trzeciej strony. A i tak autor czytając moje wypociny pewnie śmiałby się do rozpuku. Tomik ten sprawia wrażenie bardzo intymnego, osobistego, ale nie ze względu na poruszane tematy, ale ich kontekst. Odbiorca zapoznaje się z nimi, mniej więcej rozumie sens, ale nie potrafi identyfikować się z podmiotem lirycznym, zrozumieć go w pełni. Tym samym autor ogranicza nasze możliwości odczuwania. Czy to dobrze? Nie wiem. Na pewno – tak jak wiele w tym tomiku rzeczy – nietypowo.

Najlepszym podsumowaniem całej treści jest fragment wiersza Alfabeton.

[…]gdy na konkursie czytam wiersz
jakbym czytał na klatce Marzenie
rozumiem że nie jestem poetą
bo cholernie brak mi liryzmu i ciepła[…]

Kilka słów o budowie. W tym tomiku mamy do czynienia z wierszami białymi, pozbawionymi wszelkich rymów. Dziwnym, a zarazem intrygującym zjawiskiem jest niedbałe i nieco chaotyczne użycie przecinków. Przy głębszym zapoznaniu się z nimi, trudno jest mi określić czy to zabieg celowy, czy przypadkowy. Spotykałam się już z taką sytuacją na poetyckich forach internetowych, w których użycie przecinków w taki sposób jest również ważne i wnosi coś do treści. Internauci nazwali to poezją współczesną. Czy słusznie? Każdy ma swoje zdanie. Ja uważam, że wszystko można robić, ale z umiarem. Nie trudno zauważyć także dużą ilość przerzutni, które – zgodnie z funkcją – „rozbijają” wers na dwa i zaznaczają ważniejsze informacje. Mimo że mamy do czynienia z liryką, utwory posiadają znikomą ilość środków stylistycznych. Wydaję mi się, że autor nawet nie chciał ich używać, a niektóre po prostu wyszły przypadkowo. Można odnaleźć w tym pewną analogię dotyczącą tematyki wierszy, ponieważ nasza ludzka codzienność rzadko kiedy jest poetycka. Konstrukcja budowy wiersza jest niekonwencjonalna, trudno odnaleźć mi jakikolwiek system, którym mógł kierować się autor, a mam tutaj na myśli różnorodność w dystychach, tercynach i tetrastychach. Nawet nie podejmuję próby sklasyfikowania ich w jednym obrębie, bo prawdopodobnie bym poległa. Autor bawi się formą na wszystkie możliwe sposoby.

O języku. Również w tym przypadku autor odchodzi od obowiązujących reguł. Czytając wiersze z Klatki z codzienności musimy wyzbyć się wszelkich wyobrażeń o języku lirycznym. W utworach występuje słownictwo potoczne, a nawet często wulgarne. Jest to na pewno coś nowego i intrygującego, jednak zachodzi pytanie, ile jest liryki w liryce. Jeszcze nie spotkałam się z wierszami, w których się przeklina i sama nie wiem czy jestem entuzjastką takiego rozwiązania. Uznaję jednak, że autor mocno wczuł się w tematykę codzienności, a komu z nas nie zdarzyło się przeklinać? Po drugie szanuję otwartość. Ogromnym plusem jest zabawa symbolem. Dana rzecz lub słowo może mieć odmienne znaczenie w różnych wierszach. Na przykład motyw biedronki w jednym tekście oznacza zwierze, a w drugim popularną sieć sklepów. W kontekście tego symbolu warto zaznaczyć bardzo określoną grupę docelową. My, jako Polacy zauważymy znaczenie sformułowania: z biedronki mieliśmy jedynie dżem, ale inni mogliby mieć z tym problem.

Zapomniałabym dodać informację o ważnym aspekcie. W utworach występuje parenteza, co było bardzo miłą niespodzianką. Dla niezorientowanych wyjaśniam, że są to zdania wtrącone w nawiasie, które na pierwszy rzut oka nic nie wnoszą, ale tak naprawdę mają duże znaczenie w zrozumieniu całego tekstu. Przez to konstrukcja sprawia wrażenie swego rodzaju opowiadania. Mało spotykana rzecz.

Klimat wierszy jest o tyle dziwny i niecodzienny, że aż trudno uwierzyć, iż utwory poruszają tematykę codzienności. Podmiot liryczny w wierszu podkreśla jednak, że to jest liryka osobista. Idąc tym tropem dochodzę do wniosku, że nie potrafię na tyle wgłębić się w pracę Kamila Wojciechowskiego żeby móc z całą stanowczością stwierdzić, że wszystko zrozumiałam. Nie będę się bawić w jakąkolwiek interpretację, wyniosłam coś z tych wierszy dla siebie, ale jestem niemal pewna, że dokładnie nie to „co poeta miał na myśli”. Mam prawo przypuszczać, że w pewnym sensie autor chciał wprawić czytelnika w pewną dozę dezorientacji. Jeśli to było celem muszę przyznać, że się udało.

Powiedziała: opowiedz jakąś historię.
Niech będzie o tobie i o mnie. Jesteś poetą, a ja
zakochałam się kiedyś w poecie, był delikatny
opowiadał mi o lepszym miejscu
i byliśmy przez chwilę jak jedność
a wiatr potargał mi włosy[…].
(fragment wiersza Odkrywanie planety)

Tomik Klatki z codzienności kieruję do swego rodzaju „koneserów” poezji. Ludzi, którzy lubią rozgrzebywać i rozkładać utwór na czynniki pierwsze, takich, którzy chcą poprzez prace poznać wnętrze ich autora. Myślę, że wszyscy zainteresowani tego typu rozwiązywaniem zagadek poetyckich będą mieli pole do popisu. Nie jest to jednak zestaw utworów, który zaproponowałabym rozpoczynającym przygodę z liryką. Podejrzewam, że zakończyliby jej czytanie z jednym tylko zdaniem w głowie: wiem, że nic nie wiem.

Niestety czytałam utwory w formie e-book nad czym ubolewam, ponieważ wolę czuć książkę w dłoniach. Jeśli znajdzie się ktoś, kto stwierdzi, że dogłębnie zrozumiał każdy z omawianych przeze mnie wierszy i nie mam racji w temacie ich niekonwencjonalności, niech się ze mną skontaktuje. Chętnie przeczytam jego wywód.

Wszystkich zainteresowanych twórczością Kamila Wojciechowskiego odsyłam na jego fanpage.

Recenzowała: Sylwia

INFORMACJE:
Rok wydania: 2014
Wydawnictwo: self-publishing / e-bookowo.pl
Kategoria: Poezja
Liczba stron: 40

Print Friendly

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • Twitter
  • Facebook