„Maybe Someday” Colleen Hoover

43346157404ac3982ed002cc4f1c56ec_1920x1080

„Maybe Someday” to opowieść o ludziach rozdartych między „może kiedyś” a „właśnie teraz”.

Hoover zawojowała serca czytelników już jakiś czas temu, a wszystko dzięki „Hopeless”. Stała się uwielbianą pisarką wśród młodzieży. Nie dziwi mnie to wcale, bo jej powieści wzruszają, są zarazem lekkie i trudne, ukazując miłosne perypetie bohaterów, których nie sposób nie polubić. Hoover wie, jaka historia ma potencjał i dobrze się sprzeda, tak też stało się z „Maybe Someday”, która niedawno zadebiutowała na polskim rynku wydawniczym. Czy mnie urzekła? Trochę tak. Nie jest to najlepsza powieść Hoover, ale także nie jest najgorsza. Dlaczego? Zaraz wszystko wyjaśnię.

To historia zakazanej miłości. Sydney ma z pozoru wszystko – studia, pracę, chłopaka i najlepszą przyjaciółkę. Ridge też poukładał sobie życie, otaczają go przyjaciele oraz dziewczyna, którą kocha. Oddaje się swojej największej pasji, czyli muzyce. Przepięknie gra na gitarze, jednak ma blokadę twórczą, jeśli chodzi o pisanie tekstów. Ridge już od jakiegoś czasu obserwuje Sydney, gdy ta słucha jego muzyki na swoim balkonie. Przypadkowe spotkanie tej dwójki zmienia wszystko. Co więcej, życie Sydney zostanie w ciągu jednego dnia wywrócone do góry nogami, gdy dowie się czegoś o swoim chłopaku. Nagle oboje odkryją, że bardzo łatwo złamać komuś serce. Będę zawieszeni pomiędzy uczuciem do siebie, ale także wiedzą, że jest ono niewłaściwe. Może w innym świecie, innym czasie…

Fabuła wydaje się zagmatwana, bo relacje pomiędzy postaciami właśnie takie są – gdyby ustawili sobie status związku na Facebooku, to zdecydowanie brzmiałby on „to skomplikowane”. Wiedziałam, czego mogę spodziewać się po tej książce – dużej dawki emocji i historii miłości, którą można pozazdrościć. I też to dostałam, bo mamy i wiele wzruszeń, romantyzmu, świetnym dodatkiem jest tutaj muzyka – bohaterowie tworzą teksty piosenek i opisy tego procesu są chyba największą perełką w „Maybe Someday”. Autorka ma poczucie humoru, czego przykładem jest wiele zabawnych i lekkich scen oraz psikusy, które fundują sobie postaci.

Tę pozycję zdecydowanie czyta się przyjemnie i szybko, dzięki wypracowanemu stylowi Hoover, lekkości, z jaką pisze i to, że wie, jaka fabuła będzie atrakcyjna dla czytelników. Wyrobiła sobie pewną markę, jej książki od razu są kojarzone z określonym gatunkiem i brane za tzw. pewnik, że będą dobre. I coś w tym jest, nie wiem tylko, czy jest to dobre dla pisarza – tak dać się zaszufladkować, jednak w pewien sposób tej autorce nie potrzeba nawet dodatkowej reklamy, bo wiele razy udowodniła już, że świetnie pisze. Trafia do określonej grupy czytelników, czyli głównie do młodzieży płci damskiej, ale także do starszych kobiet, które wciąż potrzebują poczytać sobie o młodzieńczej i szalonej miłości. Sama jestem w wieku dwadzieścia plus, a cały czas sięgam po takie książki.

Budowa książki pozwala nam poznać dwójkę głównych bohaterów. Rozdziały pisane są na przemian, raz z punktu widzenia Sydney, a następnie z perspektywy Ridge’a. To bardzo sprytny i wygodny dla czytelnika zabieg, szczególnie przy narracji pamiętnikarskiej, bo nie zamyka on historii tylko na jedną osobę.

Dużym plusem jest już wspomniany wątek muzyczny, nadaje on „Maybe Someday” pewnej oryginalności, czegoś, co wyróżnia ją spośród innych książek z romansem w tle. Muszę pochwalić jeszcze bohaterów, których wykreowała Hoover – od razu czuje się do nich sympatię. Ridge to kolejny facet, który będzie rozpoznawalny w świecie literatury. Sydney to dziewczyna, z którą można się identyfikować, nie jest zarysowana na wyrost, trochę w siebie nie wierzy, jest skryta i nie chce nikogo zranić. Dlatego dobrze się o nich czyta, tym bardziej że autorka potrafi stworzyć chemię pomiędzy postaciami. Widzimy, że ciągnie ich do siebie i czekamy na zbliżającą się katastrofę, równocześnie mając moralny dylemat – potępiać ich, czy im kibicować?

Jednak nie jest to książka idealna. W pewnym momencie dramatyzm całej historii był na zbyt wysokim poziomie. Główna bohaterka, co chwile wybuchała płaczem – gdyby policzyć ile łez przelała, to prawdopodobnie wyszłoby, że płakała w prawie każdym rozdziale. Dodatkowym minusem jest duża ilość tragedii, które doświadczyły postaci. Lubię emocjonalne książki, powiedziałabym nawet, że uwielbiam uczucie przeżywania tego, co bohaterowie powieści, jednak w tej pozycji nie udało się tego wyważyć. Dla mnie było to za bardzo przerysowane. Kolejnym minusem jest schematyczność fabuły. Chyba każdy zna taką historię – spotykają się/nie mogą ze sobą być/happy end. Z jednej strony bohaterowie wahali się odnośnie do tego, czy mogą zbudować związek, ale cały czas czułam, że koniec będzie taki, a nie inny. Czytając książkę, podświadomie wiedziało się, jak ona się skończy. Jedyne co mnie zaskoczyło, to Ridge – za niego autorka ma ogromnego plusa, jak i za dużą ilość muzyki. Mimo wszystko spodziewałam się po Hoover bardziej oryginalnej powieści, bardziej jej, a nie kolejnego romansidła z utartą fabułą. Trochę się zawiodłam. Bo „Hopeless” było poza oczywistym wątkiem miłosnym czymś więcej, opowieścią o dojrzewaniu i odkrywaniu siebie, a „Maybe Someday” jest przy nim zbyt oczywiste.

Nie powiem, że nie wciągnęłam się w tę historię, ale czy ją zapamiętam? Czy ją przeżywam? Nie bardzo. Fajnie się ją czytało, bo mamy typowo kobiecą fabułę, bohaterów, którzy wywołują uśmiech na twarzy, zabawne sceny, ale wciąż jest to kolejna młodzieżówka z dosyć przewidywalną akcją. Niektóre momenty sprawiły, że miałam gulę w gardle, ale Hoover od połowy powieści zabrakło wyważenia tej emocjonalnej strony. Wiem, że wielkie drama jest naturalną częścią New Adult, jednak do mnie ta intensywność nie przemówiła, choć pewnie wiele osób będzie ceniło akurat tę cechę „Maybe Someday”.

Wspomnę jeszcze o samej serii. Możecie także sięgnąć po „Maybe Not” – krótką nowelkę opowiadająca o współlokatorach Ridge’a. Znajdziecie ją w formie ebooka, więc polecam się zapoznać, jeśli polubiliście bohaterów z pierwszego tomu.

Polecam kobietom, które lubią poczytać o wielkiej miłości, pośmiać się, jak i odetchnąć od życia codziennego. To jedna z historii, o której nie usłyszycie w prawdziwym życiu. Niemal bajkowa. A warto czasami trochę pomarzyć…:)

Ocena: 3/5

Recenzowała: Gaba

INFORMACJE:
Rok wydania: 2015
Wydawnictwo Otwarte
Seria „Maybe”, #1
Kategoria: romans, New Adult
Liczba stron: 440

Print Friendly

6 przemyśleń na temat “„Maybe Someday” Colleen Hoover”

  1. ~PatiHemmo pisze:

    Hejka , wiesz może ile rozdziałów ma Maybe someday?

    1. Gaba pisze:

      Hej :) chyba 24 rozdziały, jeśli się nie mylę :)

  2. Polecam „maybe someday „, każdemu kogo spotkam na swojej drodze. Mimo ze książkę już czytałam recenzja jest napisana bardzo dobrze, zachęca do przeczytania! :)

  3. ~Sylwuch pisze:

    „Hopeless” podobało mi się, ale jednocześnie nie zaparło dechu w piersiach. Jednak pewnie, prędzej czy później, sięgnę po „Maybe someday”, aby przekonać się, jakie wrażenie wywrze na mnie owa historia.

    1. gabaokey pisze:

      Polecam, może akurat Ci się spodoba :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>


  • Twitter
  • Facebook